zbieżność rozbieżna
RSS
środa, 31 maja 2006

Topielec Wacek Morski, będący obecnie niezatapialną szpicą podmorskiej Pianki i Szklanki, na lądzie zwanej PiW'kiem, stał się tak bezdennie pociągający, że maskuje swoje wyro gałęziami ostrokrzewu z obawy przed wyczerpaniem. - I zawiesiłem takiego małego pyrtka nad wyrem z wrodzonej skromności - przekonuje.


Wkrótce po jesiennym szturmie na Chlew topielec zaczął pławić się w falach eteru przyjmując czasem kontrowersyjne pozy, które bulwersowały przyjazną dziadom dulszczyznę spod znaku PING. Bracia Kwaczyńscy, nie mający dla dziadów litości, stali się mu wzorem, więc lał ich z góry ciepłym sokiem. Przybrał ksywkę "ośmiornica Kwaczyńskich". Dzięki efektownym uściskom swych macek zdobył i zwolenników, i przeciwników oraz szczery podziw portowych gitów. Wszyscy tak bardzo pragnęli wyściskać się z topielcem, że Wacek zmuszony był chodzić na zakupy w nieswojej masce. Dla pogłębienia skrytości wykorzystywał sześć różnych masek, które skutecznie odstręczały przechodniów: Jerzego Warana, Alexa Kaszanko, Śmiałej Ciarki, Biszkopta Pawilonka, Alfy Lessera oraz Omegi Giewpycha z miną "depilator widzę".

- Unikałem do dwustu jajek dziennie, nie licząc plwocin, takich od serca, zielonych - wspomina z rozrzewnieniem. - Przypominały mi dziecięce choroby i kanapkę z pastą jajeczną w przedszkolu. Instynktownie wymykałem się tym ohydom zanim jeszcze dobrałem się do układu nerwowego przedszkolanek od kuchni.

Na tym nie koniec. Większość istot powiązanych z Chlewem marzy, aby wyrąbać lokalizację swojego wyra neonami i zaprosić do niego liczne hordy nadobnej części zdesperowanego pospólstwa. Szczególnie mile widziane są ogładzone nieco, bo piśmienne, egzemplarze żeńskie tzw. pokolenia 1200, przywykłe do podlegania za czcze obietnice. A Wacek Morski przeciwnie, nie wyrabia i ma dość.

- Błagam, nie rozgarniajcie zasiek przed moim wyrem. Ludzie walą z dystansu i styknie. Jak się zbierze paru takich z ciśnieniem to pracować normalnie nie można, a tyle układów scalonych mam jeszcze do rozwalenia. To moje hobby. Poza tym Żarosław w weekendy uczy mnie, jak beknięciem wywrócić stolik. To nie czary. To się dzieje naprawdę. - gorączkowo relacjonuje Wacek w naturalny dla siebie sposób podgrzewając wodę wokół.

Pod kamieniem przy wraku siedemnastowiecznego galeonu w zatoce czołowej Hell'u nie widać już wyra, dawniej bijącego po oczach ze znacznej odległości. Generalna Sypialnia Chlewu nakłada na wszelkie istoty zależne łącznie z wędrownymi pluskwiakami obowiązek oznakowania wyr syntetycznie bądź własnymi wydzielinami, o ile ktoś ma fluoroscencyjne. Wacek zastosował wybieg i podpisał się od tyłu.

- Doceniłem selekcję na bramce. - wyjaśnia topielec. Co ciekawe, za warstwą ostrokrzewu kryje się około stumetrowe wyro.

Wacek Morski zaprzeczył, że powodem zamaskowania wyra były samoczynne eksplozje niewybuchów przepływających nieopodal jego kamienia, spowodowane gwałtownymi drgawkami wianuszka maksymalnie zdesperowanych pielęgniarek.

- One czują we mnie kulturę, co odbieram szóstym zmysłem - zapewnia Wacek. - Mały pyrtek nad moim wyrem oddaje myśl bliskiego mi duchem, choć wrogiego ciałem poprzednika, który zwykł mawiać, że nieważne, jak mężczyzna zaczyna. Grunt, by do zbliżeń dochodziło wyłącznie z osobami dobrze ustawionymi. Przypominam, że moim przyjacielem jest sam Żarosław Kwaczyński. Razem w weekendy wywracamy beknięciem stoliki.

More excess of Wacka
wtorek, 30 maja 2006

Klaser ze skargami na Radio Małkinia za wpuszczenie do odbiorników głosu rzygającego żółcią od ponad tygodnia wabi głowę Książęcej Ławy Absorpcji Mediów kierowaną ponownie przez Efedrynę Mruk, by zassała karnie nieco śruty z zapasów o. Ryzyka.


Jeden impuls Efedryny wystarczy, by głowa KŁAM'u skierowała się ku rozgłośni o. Tezeusza Ryzyka, zassała śrutę, a wypluła z ust swoich rzygający głos wraz z jego nosicielem, niejakim Matołkiem Stanikowiczem. Najbardziej sromotnego pawia puścił on w odbiorniki 27 marca, czyli ponad dwa miesiące temu. Obryzganie żółcią milionów słuchaczy, z których część podejrzewana jest o lubowanie się w tak sprośnej odżywce, natychmiast potępiła Rada Sanitarna Mediów. KŁAM nie zrobił nic.

Edek Morelman, ostatni mohikanin, zaapelował do pomagiera Kasimira Śmieja o zabranie tego letalnego głosu do grobu zapomnienia. Kasimir tłumaczył, że nie ma takiej trumny, która by wytrzymała żółć Stanikowicza, i mógłby go zgubić gdzieś na mieście wzbudzając zarazę i panikę. Jedynie KŁAM ma pysk hartowany na tyle, iż mógłby wynieść z Radia Małkinia zalęgniętego wśród diod Matołka i wypluć w miejscu dla niego stosownym - podkreślił Śmiej.

O. Tezeusz Ryzyk, będący, jak głosi płotka, nieślubną matką żółciowego monstrum, przyduszony zatrutą atmosferą zdążył wyznać, że jest mu przykro ("Jeżeli ktoś poczuł się dotknięty bluzgami u nas jednego spośród miłych memu sercu głosów, które z troską hoduję na łonie Radia za wasze hojne datki, drogie babcie i dziadki, to jest nam bardzo przykro. Podaję numer konta... ").

Sanepid uznał, że doszło do poważnego zagrożenia życia i zdrowia, bo Stanikowicz rzygnął wprost z toczonej polipem dwunastnicy, i rozpoczął osaczanie sprawcy. Niestety, jedyne, co może uczynić, to ogrodzić drutem kolczastym eksterytorialny z woli księcia Pecha Kwaczyńskiego teren Radia Małkinia, by nosiciel trującego głosu nie wydostał się na zewnątrz. Jego rozmnożenie mogłoby zapoczątkować pandemonię - ostrzega Sanepid.

A KŁAM uszy po sobie, zad wciśnięty w kąt zagrody, i milczy, choć Radio Małkinia, wpuszczając do odbiorników łamiący wszelkie normy potok żółci, naruszyło dekret 18 traktatów medialnych, który pod karą dezintegracji zabrania "miotania żółcią zalepiającą drogi nerwowe". Na straży tego traktatu stoi właśnie Efedryna Mruk i ciało KŁAM.

Jeden z członków KŁAM, Butowój Zepter zawiadujący poprawianiem z kolanka, pytany, dlaczego ciało nie chce ruszyć dupy i pobaraszkować w rozgłośni o. Ryzyka, odparł: - Bo Efedryna Mruk po prostu ma dobre serce dla Radia Małkinia. Nie jesteśmy z żelaza. Mamy wrażliwość. Proszę tak na mnie nie patrzeć. Ja tylko z wierzchu jestem błyszczący.

Czy są jeszcze inne powody dziwnego stuporu, który ogarnia KŁAM, gdy tylko w powietrzu zaśmierdzi o. Tezeuszem Ryzykiem? Winne mogą być geny. Jak wiemy KŁAM powstał z nasienia Żarosława i Pecha Kwaczyńskiego, którzy często balują w Radiu Małkinia. Niewykluczone, że wiele tamtejszych głosów spłodzili wspólnie z o. Ryzykiem. A swój swego przecież nie ugryzie, zgodnie z przykazaniem: "nie gryź bliźniego swego, bo będzie niemiło." A bliźni to tylko dalsza forma bliźniaka. I za tym wszystkim stoją geny.

Na nic zdało się wystawanie pod bramami Radia Małkinia w efektownym worze pokutnym pomagiera Kasimira Śmieja, spokrewnionego w stopniu siódma woda po kisielu. Ryzyk głosu nie odda, a KŁAM pyska w jego stronę nie rozewrze, bo Efedryna Mruk swego zwyczajnie nie przełknie.

Więcej Efedryny


Głowa KŁAM'u z antenami szpiegowskimi i noktowizją,
rzeczywiste wymiary: 3 x 2 metry. Szczęka i kark
na parowych podzespołach, chłodzenie wiatrami.
poniedziałek, 29 maja 2006

Jeśli odnieść się do analogii klocka w przerębli, to ten klocek jest - zdiagnozował się wczoraj Wartburg z Zacisza, wodzirej komisji chlewnej ds. silosów. - Rzeczą komisji jest dojście, kto postawił ten klocek. Od razu zaznaczam, że ja nie gram w te klocki, mnie od dziecka interesowała wyłącznie seria wydawnicza Tygrys i modele do sklejania. Ja wprost kocham kleić.


Wczoraj komisja chlewna zebrała się na pierwszej dyskursywnej posiadówie. Sojusznicy Żarosława Kwaczyńskiego wraz z DSL rozstawili wszystkich po kątach i rozkazywali, w co się bawić. Nie zgodzili się, by zaczekać, aż Komunał Konny stwierdzi, czy uchwała o powołaniu komisji cechuje się końskim zdrowiem, niezbędnym przy planowanym galopie. Krawcy oceniają, że bokserki członków komisji są zbyt szerokie, roztrenowane drastycznie przez Alfę Lessera, który nie ukrywa, że ręce go świerzbią. Nie pomaga nawet posypka.

Wartburg z Zacisza (frakcja chlewna Paw i Włość) strzelał z bata, by przyspieszyć wypełnianie komisyjnej książki życzeń i zażaleń. - Ptaszki ćwierkają, że komisja nie wie, komu przyfanzolić - mówił. - A nam się po prostu trudno zdecydować.

Rezydenci Chlewu kolejno wymieniali osoby, którym chcieliby zaleźć za skórę i nadgryźć wątpia. Przyznali, że wyboru dokonywali w oparciu o klechdy oraz bery i bojki, którymi nasiąkli w cielęctwie.

Ramadan Hoziom (PiW'ko) roznegliżował się prezentując wytatuowane na zadku i pachwinach inicjały swoich ulubionych autorów, którzy skończyli jako stróże nocni przy następujących silosach: Krank Śliski, Krank Hand Love i Bagaż. - Trzeba też rozebrać do ostatniej cegiełki silosy, z których pompowano śrutę wprost na mroczne uczty uprzednio okupującego stanowisko księcia hrabiego Kwasuli - mówił 26-letni, najmłodszy chojrak w komisji.

Garneck Saw-Icki (DSL) napomkną o swej wielkiej chęci na poczęcia silosów Krank Wielkodojski, Krank Jojno-Przezmysłowy i WKO BuePfe. Rwał się entuzjastycznie wymachując wojowniczo warząchwią.

Chaldemór Wakatowski (Samotna Brona): - Musimy sobie dobrze przypomnieć, z ilu silosów możemy jeszcze pompować śrutę na nasze chwalebne dzieła.

Piegowaty Ostronos (SSL) pytał komisarzy, czy poza wspomnieniami z dzieciństwa mają jakiekolwiek dowody, by przypuszczać, że wymienione silosy mają cokolwiek wspólnego z niegustującym bynajmniej w śrucie hrabią Kwasulą. Wyznał, iż sam go dokarmia wyłącznie czerniną, kaszanką i chrupkami chrzęstnymi, ewentualnie rozgotowanym kopytem.

Zapadła grobowa cisza.

Gdy PING chciał zamówić w Nadzorze Silosów refutację na 4 czerwca 1989 r., Wartburg stanowczo zabulgotał: - Jak dwa plus dwa jest cztery, tak ja nie idę na twoje bajery.

Poparł go Ramadan Hoziom. - Z malunku może wyjść albo piękna krasula, albo hrabia Kwasula. Zależy jak leży - przekonywał członków komisji.

Ostatecznie sprawa refutacji została wdeptana w polepę.

Wodzirej komisji wystąpił do majstrów szabru i konwenansów, FIK i Nadzoru Silosów o kwity i haki dotyczące przepływu śruty z ostatnich 17 lat. Poprosił też inspektora Kobrę o donosy na obsługę techniczną silosów i karty dentystyczne kwestarzy.

Jednak już wczoraj Wartburg wieszczył: - Jakiekolwiek marudzenie ze strony Nadzoru Silosów będzie oznaczało spisek. Publicznie podważał on prawowierność komisji! Mam nadzieję, że NS się ukorzy, bo gdyby tego nie zrobił, zostałbym zmuszony sięgnąć do rozwiązań.

Rzecznik NS Gacloff Krzywek wyznał na boku scenicznym szeptem, że do NS nie dotarło żadne pismo od komisji: - Jakie problemy możemy robić z tymi kwitami, skoro wiele z nich wyniesiono już dawno do Chlewu? - krzywił się.

Timur Szczypawica (PING) namawiał członków komisji, by z wskazaniem zwierzyny do przetworzenia zaczekali na skręty kiszek. Potem powinni zaprosić rzeźników z czterech stron świata, by zasięgnąć języka, czy aby właściwie zawiesili na hakach kwity, bo traci czytelność kwit źle przebity.

Wartburg upomniał Szczypawicę: - Nie będziemy nikogo zapraszać, tylko siekać na plasterki, bo taką naturę ma komisja chlewna. Jucha poleje się gęsto. To jest rzeźnia, a nie opera za trzy kulki. Kto spróbuje grać w kulki, tego osobiście zdzielę elektrycznym pastuchem.

Silos, z którego doił do swej chatki śrutę Omega Giewpych, został uznany za pomnik przyrody.
niedziela, 28 maja 2006

Jeszcze nie uszły, ale kusi oko tytularny profetyzm, n'est-ce pas? A idzie o to: zakotłowało się wśród bąbelków Pawia i Włości spod Ślęży. Pianę burzy słomka nierządu, która ma odessać z regionu część śruty wsparcia zagranicznego i popluć nią na wschodnie ziemie księstwa w celu znęcenia narybku poławianego dotychczas przez Samotną Bronę. - Nasz lokalny narybek, opieka nad którym broni nas i żywi, jest ważniejszy niż wierność Żarosławowi Kwaczyńskiemu - brzęczą niektóre bąbelki i grożą ulotnieniem z PiW'ka.

Nierząd chce nas sponiewierać skandalicznie okrojonym przydziałem śruty z wsparcia zagranicznego w latach 2007-2013. Na paszczę narybku spod Ślęży ma przypaść 339 ziaren rocznie - wylicza bąbelek z Częstochowanego stoku góry Lux van Karaś. - A narybkowi ziem wschodnich ma wskoczyć po 729 ziaren na pysk. Rozumiem, że jest od lat niedożywiony, ale z drugiej strony przecież już się przystosował i takie nadmierne dokarmianie może zaburzyć osiągniętą w tym regionie homeostazę, niechybnie rozbudzi apetyty, które przyjdą w końcu pod Chlew z cepami w płetwach i wybatożą rozdzielców. Czy oni są tego świadomi? Ich perspektywa budzi wątpliwości... Tymczasem nasz region w 2013 roku stanie się najbardziej wygłodzony w księstwie i też będzie miał chęć przywalić komuś z plaskacza, a nie chciałbym to być ja, więc do mieszania tą ssąco-plującą słomką nierządu nie piszę się stanowczo!

Rezydent Chlewu Placek Kościelny zebrał wsparcie narybku ze stoku Ślęży zwanego Za Głębią. - Ta słomka nierządu przebiła mi serce - wzdycha. - Nasz region chcą złożyć w ofierze bóstwom kompletnie mi obcym. Od 1998 do 2002 roku byłem lokalnym dyspozytorem śruty, odpowiadałem za dokarmianie narybku i wiem, ile on potrafi zeżreć. Ze względu na specyficzne warunki klimatyczne mamy tu do czynienia z wybitnie szybkim metabolizmem, co powoduje również określone problemy z prawidłową retencją odchodów. Gro narybku tonie w gównie. Nasza własna śruta ma właściwości lekko przeczyszczające, natomiast ta z importu powoduje zaparcia, więc jest elementem koniecznym w diecie, bo inaczej wszyscy tutaj skończymy jako okazy kopalne zmumifikowane w obfitej warstwie guana. Niestety, nierząd przywykły do fetoru Chlewu uważa nasze warunki bytowania za wspaniałe i nie widzi problemu w zagęszczeniu, które chce nam zgotować.

Niedawno klub chlewny PiW-ka obradował na ten temat podczas zbiorowego posiedzenia w męskiej toalecie. Rezydenci spod Ślęży przekonywali Żarosława Kwaczyńskiego do swoich racji. Ten je zanotował na kąsku papieru toaletowego, a następnie szybko się nim podtarł. Potem tłumaczył, że przez roztargnienie.

Tymczasem wśród bąbelków PiW'ka spod Ślęży pojawili się tacy, którzy anonimowo przyznają, że dla nich najważniejszy jest region i narybek, a nie czołobitność wobec Kwaczyńskich i gotowi są nawet ewaporować z PiW'ka, jeśli region miałby zostać potraktowany ssącą słomką. - Tyle że teraz szantaż zbiorowym ujściem będzie miał słabszy efekt - przyznaje jeden z nich. - Zanim zawiązano sojusz z Samotną Broną i Wygą Morskich Głodzin, 10 rezydentów Chlewu stanowiło siłę, teraz 10 bąbelków to dla Żarosława tyle, co pierdnąć w wannie.

Nawet wśród rezydentów z Częstochowanego stoku Ślęży nastąpił podział. Karaś zapewnia, że własnym ciałem zatka słomkę. Tymczasem Glista Szydzińska, liderka częstochowańskiego PiW-ka, nabiera pomyj w usta. - Stok Częstochowany góry Ślęży to też swego rodzaju wschodnie ziemie - twierdzi. - no bo na wschód od szczytu jesteśmy, chowając się tradycyjnie przed zachodem, skąd nawiewa wszelkie wszeteczeństwo. Mamy tutaj własny punkt obserwacyjny i musimy dbać o interesy swoich mężczyzn. Żaden nie depiluje się jak dotąd, co daje nam wiele zadowolenia. Możemy poprzeć bulgocących przeciw słomce, albo możemy nie poprzeć. Ja osobiście noszę w sobie kamienie żółciowe oraz pogląd, że wszyscy powinniśmy się kochać, kochać prawie, a sprawiedliwie jak nam Żarosław wskazuje swym cierpliwym przykładem. Na razie gwarancji nie mamy żadnych na inną miłość. Rezydenci, których bulgot odbija się szerokim echem, których bańki błyszczą w światłach fleszy i kamer telewizyjnych, oni mają cele, które poddaję w wątpliwość, jako że przecież to widać, co mają na ustach, a nie jest to miłość. Jedyne słowo, które nieustannie od nich słyszę, to śruta, a nie samą śrutą się żyje. Jest jeszcze duma, honor, prawo i sprawiedliwość. My nie toniemy. My sięgamy istoty wszechrzeczy, głębi skrywanej dotąd przez szarlatanów i szalbierzy. - tłumaczy. - Nie chce mi się nawet wierzyć, by faktycznie niektóre bąbelki spod Ślęży posunęły się robiąc innym miejsce w PiW'ku. Gdzie im będzie lepiej? To groteska!
sobota, 27 maja 2006

Zdaniem wicepomagiera i majstra trosk wewnętrznych Chlodwiga Porna istnieją zeznania pozwalające ogłosić, iż strajki w co najmniej sześciu wyroczniach w okolicach Ślęży są wynikiem działania złych mocy. Za każde zeznanie obciążające wyrocznię płacono świeżą śrutą z importu i przydziałem agroturystycznych wczasów na szlaku czynu książęcego. Ilość śruty, którą wynagradza się ochotników wskazujących na konszachty z diabłem strajkujących guślarzy, pozostaje apetyczną tajemnicą władzy. Podajemy telefon zaufania: 666-999-555.


Wicepomagier spotkał się w Kratownicach z watażką zbierającym myto w okolicach Ślęży oraz skrzykniętą przez niego bandą, która ma wkrótce skutecznie terroryzować strajkujących guślarzy przywracając ład, porządek i stały dopływ śruty od podążających na wróżby poddanych. "W związku z dowodami opętania strajkujących watażka zwróci się do nadzorców wyroczni o wskazanie prowodyrów i podżegaczy. Gdy uzyskamy ich imiona, imiona ich krewnych oraz oszacowanie majątków, przystąpimy do wyrównywania strat poniesionych przez księstwo z powodu strajku wyroczni" - grzmiał Ch. Porn.

Związek strajków z ciemnymi mocami ma zostać dodatkowo potwierdzony zeznaniami skruszonych pomocników guślarzy, którzy dostarczą sądom kapturowym wiele interesujących szczegółów dotyczących życia prywatnego, powiązań zagranicznych i nieprawomyślności wszelkich osób parających się wróżeniem w strajkujących wyroczniach. "Zainteresowałem się problemem, ponieważ strajki zagrażają dochodom z myta na terenie całego księstwa" - tłumaczył się Porn - "Pomysł obsadzenia strajkujących wyroczni przybocznymi guślarzami dowódców wojskowych niestety nie wypalił, bo się okazało, że nie mamy ich tak wielu, jak z początku myślałem, ale za to odniosłem już sukces w wyroczni obsługującej służby porządkowe Chlewu. Poszczułem ich burą suką i zmiękli, he, he, he..."

Na Ślęży strajk trwa w 16 wyroczniach. W piątek zawieszony został protest na południowym stoku, gdzie zawarto porozumienie płacowe między strajkującymi a książęcym nadzorcą. Pozostali nadzorcy liczą, iż prędko rozpęta się terror. Chlodwig Porn wraz ze swą burą suką i bandą watażki przymierza się do daleko idących uszkodzeń wśród niepokornych guślarzy. W chwili obecnej podburza miejscową ludność, by w czasie ataku spontanicznie wyłapywała uciekających z wyroczni, wymierzając im prawą sprawiedliwość.
piątek, 26 maja 2006

Dziś całe księstwo świętuje Dzień Szmatki, wyjątkowy dzień w którym można z powodzeniem podarować sobie chwilę zapomnienia. Nasza szmatka, każda szmatka, czerpiąca z ukrytych mocy wszechświata szmatka, utkana na kole losu szmatka zetrze twarze braci Kwaczyńskich, oczyści Chlew z Alfy Lessera i Omegi Giewpycha, a następnie sam Chlew zmiecie z krajobrazu doświadczeń, łącznie z Radiem Małkinia.


W tym dniu jesteśmy wzruszeni. Gromadzimy się w parkach, na placach, skwerach i alejach swych grodów przyglądając się światu z niewinnym zachwytem dziecka, jakbyśmy ujrzeli go po raz pierwszy, wzdychając "to jest dobre! chcę więcej! och! wata cukrowa!". Zanurzamy szmatki w ciepłych mydlinach i w skupieniu przecieramy nimi okna swych serc. Szmatka przestaje być ścierą, rzuconą w kąt, zatęchłą, niewyżętą, zawieszoną bezwładnie na krawędzi wiadra pamięci. Pomyje trafiają tam, gdzie ich miejsce. Jesteśmy oczyszczeni, narodzeni na nowo.

Jutro ze świeżymi siłami wrócimy do całorocznego paskudzenia. Ponownie wessie nas wir szalonej defekacji. Nabrzmiałe kompleksy analne zawładną naszymi zmysłami. Lecz dziś jutro pojutrze i popojutrze wydają się być tak odległe! Kości nie tylko dla grzechotników. Pierzchła zmora relatywizmu. Trzymamy się za ręce. Nikt nie boleje. Nie ma przyczyn.

Po wielkich porządkach zatroszczmy się o swe szmatki, ofiarowując im sowitą dawkę odżywki. Osuszmy krople kapiące z nich niczym łzy. Nie żałujmy honorowego miejsca na suszarce, gdzie zwykle odwieszamy swe marzenia nieskromne. Niech nam służą! Długie lata! Łagodne zimy! Ptak śpiewa o poranku, na szarość naszych nocy.

W tym podniosłym dniu księstwo zostaje tradycyjnie nawiedzone przez wodza Watystanu, maksimusa, powiernika nieskończoności B-42, witanego powiewającymi swobodnie szmatkami, odzianego w szmatki oszałamiające swą bezdenną bielą. Brudu na nim nie znać. To symbol. Włącza telewizor, transmisja jest czysta, widzi w nim swoje uśmiechnięte oblicze. Ten fenomen jest bliski. Wystarczy wyjąć wtyczkę.

czwartek, 25 maja 2006

Mimo zapowiedzi zwiększenia nakładów na wróżby i apelu pomagiera o przerwanie protestu strajk guślarzy nie słabnie. Wczoraj dołączyła doń druga wielka wyrocznia megalityczna na Ślęży. Choć guślarze zapewniają, że nikogo nie zostawią bez rady i że ani guślarze, ani westalki nie odeszli od świętych ogni, ciemny lud jest coraz bardziej przerażony. Krążą plotki, że niebo spadnie nam wszystkim na głowy.


Guślarze domagają się zwiększenia książęcych subsydiów o 30 proc. teraz i o 100 proc. w przyszłym roku. I zwiększenia partycypacji branży guślarskiej w skarbie księstwa o 6 proc. Nierząd Chlewu przebąkuje o dojściu do 5 proc. skarbu w ciągu trzech lat i o 30 proc. podwyżki, gdy gruszki na wierzbach dojrzeją. - 100 proc. podwyżki subsydiów jest niemożliwe - podkreślił wczoraj najwyższy mag Chlewu Złygniew Łodyga. - Już nie wiem, jak mam czarować guślarzy - dodał.

Bąbelki z PiW'ka - wicemag Bolisław Piach i Dajblanta Szczypiorek, wicewróżka chlewnej komisji guseł - zaatakowali wczoraj guślarzy. Okładając ich mosiężnymi kadzielnicami krzyczeli, że za strajkami stoją gildie zielarskie. Bo większe nakłady na gusła oznaczałyby też więcej chlewnej śruty ze skarbu za zioła. Szczypiorek zwróciła z nerwów obiad i wysłała go do książęcego alchemika generalnego, by zbadał, czy gildia zielarska nie dorzuciła jej przypadkiem do pulpetów cienko krojonego włosia z końskiego ogona.
 
Bąbelki z Pawia i Włości powołały się na smrodnik wizjogenny "Porost", po spożyciu którego ujrzeli guślarzy i gildie zielarskie w diabolicznym splocie korzenia mandragory. Uznali to za przygważdżający dowód niewątpliwego spisku i wskazali nawet jego przykrywkę. Przykrywka jest z nieznanego w naszym księstwie stopu i wygrawerowano na niej napis "Czas na gusła". Ponadto widnieją na niej wyżarte kwasem rysy guślarzy, ciemnego ludu i... tajemne symbole gildii zielarskich!

Problem w tym, że przykrywkę do niedawna chwalił sam mag Łodyga. - Chciałbym, aby ten talizman wspierał mnie w dążeniu do osiągnięcia 6 proc. ze skarbu książęcego na wsparcie branży guślarskiej - mówił w dniu, gdy spadła mu z nieba wprost na głowę. Razem z wicepomagierką Sznytą Smarowską i Alfa Lesserem (wówczas wicezamiataczem Chlewu) zawieszał przykrywkę u wrót do swej wieży. Wtedy po raz pierwszy obiecał guślarzom, że w przyszłym roku wsparcie guseł będzie o 4 mld garści śruty wyższe. W maju tę obietnicę powtórzył ze śmiechem pomagier Kasimir Śmiej, a we wtorek - cały nierząd zgodnym chórem. Przygotowania do odśpiewania obietnicy zajęły długie tygodnie, a sam występ niepomiernie wyczerpał uczestniczących w nim rezydentów Chlewu. Tym większa jest ich irytacja, że guślarze nie przyjęli go oklaskami.

- Grozi się nam alchemikiem, zbójcerzami, a teraz oskarża, że działamy w zmowie z jakimiś obcymi zbieraczami zielska. To bzdura! Nie ma żadnego drugiego dna strajku, natomiast gdy patrzę na PiW'ko, to i owszem, widzę drugie dno, zagadkowo bliźniacze. Kiedyś tam były zacne plany wsparcia branży guślarskiej, których realizacji właśnie się domagamy, a teraz się okazuje, że Żarosław i Pech Kwaczyńscy spili pianę, a pod nią... nie ma nic! - mówi Krzymór Bukiet, przywódca Ponadregionalnego Związku Zawodowego Guślarzy.

środa, 24 maja 2006

"Łajzeta Pomroczna" wykopała u rozstaja dróg, pod drzewem do wypędzania obcych istot z porwanych przez UFO, ukrytą tam zbójeckim zwyczajem przez Omegę Giewpycha sekretną mapę MENDy. Majsterkownia Erygacji Nizin Dezaprobaty została niedawno, ku zdumieniu wielu poddanych, z woli braci Kwaczyńskich częściowo przejęta przez supernumerariusza Hokus Klei, herszta Wygi Morskich Głodzin, imć Giewpycha we własnej osobie. Na mapie zaznaczono newralgiczne punkty, które mogą stać się wkrótce obiektem wściekłych ataków.


Z mapy wynika, że MENDa chce błyskawicznie zainicjować fundamentalne zmiany poprzez implantację na swym łonie trzech mini-MEND wyspecjalizowanych w następujących tematach: wrestling błotny w każdym siole; skok z estakady, który może być "błogosławieństwem dla prawidłowego rozwoju psychicznego młodzieży"; i obowiązek, by rada starszych sioła ustalała na kilka lat zestaw ręczników (dzięki temu młodsi będą przejmować ręczniki od starszych kolegów, co zaowocuje konstruktywnymi oszczędnościami i ograniczy wpływy agresywnego lobby depilacyjnego). Planowany jest powrót do kąpieli wyłącznie w święta, co podniesie ich renomę w oczach rozmydlającego tradycję ludu.

Majsterstwo chce, by estakady wybudowano w czynie społecznym. Ile? Jeszcze nie wiadomo. Wiadomo za to, że wjazdy i zjazdy nie będą konieczne, chodzi tylko o uzyskanie odpowiedniej wysokości, z której rozpościerałby się zapierający dech w piersiach widok na wszelkie niziny, w tym społeczne. Chętni mogliby wnioskować o erygowanie estakad przydomowych. Czyn społeczny ma też załatwić kwestię pierwszej pomocy tym, których miękki kręgosłup moralny nie wytrzyma nagłego zderzenia z niziną. W zaprzyjaźnionej z MENDą drukarni powstaną setki odpowiednich ulotek, które członkowie bojówek paramilitarnych Odzieży Włoswojskiej rozprowadzą po siołach za drobną opłatą, z gwarantowanym noclegiem i wyżywieniem u wdzięcznej ludności. Jak zanotował na marginesie mapy Giewpych - ten plan jest genialny.

Na odżywienie zaangażowanych w roznoszenie ulotek członków Odzieży Włoswojskiej Giewpych chce podebrać śrutę także z Funduszu im. Komisji Ewikcji Nieustającej. To fundusz książęcy służący poddawaniu dotkliwej dezaprobacie chudopachołków z najbiedniejszych środowisk i wytrząsaniu z nich resztek śruty. Powstał w ubiegłym roku. Poza wpływami z licytacji komorniczych trafiają tam także śruta z myta i przejętych spadków po wdowach. Funduszem zarządza tajna komisja złożona wyłącznie z urodzonych cyborgów.

Powołanie Funduszu zbulwersowało wielu pieniaczy pozostających na postronku obcych, nieznanych sił. Cechy niepodległe księciu były odurzone tym, że Fundusz "jest zasilany w sposób rabunkowy" i sprzyja "erozji tkanki społecznej", co jest patologicznym zwidem. Tkanka społeczna księstwa ma się dobrze i rośnie. Obelżywe są również sugestie, iż jest to rozrost rakowy. Ów chwalebny fundusz pozostał w spadku po czasach, gdy w Chlewie śrutę dzieliło SSL, i jest to jedna z niewielu dobrych rzeczy, które erygowali. Głównym śladem ich dominacji jest roznosząca obezwładniający fetor kupa nawozu, na której świetnie prosperują różnego rodzaju komisje chlewne złożone z profesjonalnych kompostowników.

W MENDzie jest już gotowa ustawka, która wdepcze w polepę cyborgi z Funduszu. Wszystko po to, by zetrzeć z kart historii wszelkie pozytywne ślady okresu dominacji SSL. Niestety, takie są prawa Chlewu, streszczające się w danym nam przez ojców założycieli przykazaniu TKM - To Koniec Miłości. Lada dzień miał ją celebrować nierząd Kasimira Śmieja, ale jak dowiedziała się "Łajzeta Pomroczna", majster dezaprobaty poprosił o przełożenie tej uroczystości z powodu trwania w stanie obezwładnienia własną mocą. Na mapie, która została wykopana, odnajdujemy enigmatyczną notkę: "Cyborgi idą na olej.". Czyżby Omega Giewpych chciał przejąć chwałę minionych pokoleń?

- To karygodne, by zamiast ewikcji najbiedniejszych kłopotać się drukiem jakiś ulotek propagujących idiotyczny pomysł leczenia w czynie społecznym. Tym bardziej, że są skierowane do niepiśmiennych. Zaś humanitarnych nalotów paramilitarnych bojówek Odzieży Włoswojskiej nie zniosą nerwowo ani sioła, ani nawet większe skupiska chłopstwa - mówi Łybka Bakacka z SSL, b. majster dezaprobaty oskarżany o sprzyjanie depilacji.

Żarosław Zioło z PiWka, do niedawna wicemajster połączonej MENDy (została rozkrojona specjalnie dla Omegi Giewpycha): - Jestem za aktywizacją sportową siół, ale bez mieszania w to cyborgów z Funduszu! One mają dość zajęć przy odcedzaniu lekkomyślnych chudopachołków biorących nagminnie różne rzeczy na raty zero procent z kolosalną opłatą za uruchomienie. Dla Giewpycha mam jedną radę: niech obiecuje, przecina wstęgi, ale niech się powstrzyma od podejmowania decyzji mogących odnieść jakikolwiek skutek. Inicjatywa zakleszczenia mini-MEND na łonie MENDy jest doskonała, o ile na tym się poprzestanie.

Według dobrze poinformowanych dziadów spod kościoła, którym książę Pech Kwaczyński kazał spieprzać, a oni na przekór stali się pepperoni, Omega Giewpych już w czerwcu wejdzie na skórkę od banana.


Ocenzurowana mapa MENDy z drogą odjazdową.
wtorek, 23 maja 2006

Nie cichną piski zachwytu nad zekranizowanym bukolikiem "Płot ze Świńci". Ten niszowy film będący apoteozą wiejskich pejzaży i dziecięcej niewinności stał się powodem zdumiewającego sukcesu finansowego Arki Śmieja, brata pomagiera Kasimira.

Organizacje ludowe zaapelowały bowiem w liście do dzierżawcy dwóch sal w Gorzałkowie wyposażonych w kinematografy, Arki Śmieja o to, aby potroił liczbę seansów "Płotu ze Świńci". Ludziska z całej gminy walą drzwiami i oknami w napadach entuzjazmu, aż od tego walenia głowa pęka - relacjonuje działacz ludowy - Lepiej byłoby, gdyby mieli możliwość wchodzenia na seanse mniejszymi grupkami, wtedy nie będą ulegać tak skrajnej, choć zrozumiałej, ekscytacji. Sugerujemy również obłożenie sal materacami na czas projekcji i rekwirowanie przy wejściu wszelkich drzwi i okien, bo to doprawdy dzika moda, by w trakcie przeżyć estetycznych walić tak nimi bez umiaru.

W odpowiedzi na apel film jest wyświetlany w Gorzałkowie niemal non-stop od pierwszego piania koguta do przylotu nietoperzy. Okazuje się, że dzięki zwiększeniu liczby seansów dystrybutor dzieła dołożył gorzałkowskim kinomaniakom nie lada gratkę - trzecią, niewyświetlaną nigdzie dotąd część obrazu o poprzednim wodzu Watystanu razem z Ramą. Ten obraz również gromadzi tłumy, choć bardziej stonowane. Niemniej jednak w dobrym tonie jest być na nim.

Arka Śmiej, gminny rezydent PiW'ka i brat pomagiera (uwaga - BRAT POMAGIERA, tym razem nie mamy do czynienia z czystą zbieżnością nazwisk, jak w przypadku braci Kwaczyńskich i R.P. Kwaczyńskiego, który, nomen omen, zawisł bryczką na płotku, ale z autentycznym, sensacyjnym pokrewieństwem!) nie chciał komentować swych zasług. - Nie lubię się przechwalać - oświadczył jedynie lokalnym plotkarzom.

"Płot ze Świńci" opowiada wzruszającą historię przyjaźni pastuszka i prosiaczka nazywanego czule Świńcią. Akcja ma miejsce w czasach, gdy punkty skupu i uboju żywca znajdowały się pod kontrolą obcej organizacji Hokus Klei, która wykorzystywała zwierzęta rzeźne do ostatniego kawałeczka uzyskując z ich kości klej szewski oraz żelatynę na owocowe galaretki. Bohaterskiemu pastuszkowi udaje się wykraść z rzeźni kości swego przyjaciela i w finalnej scenie stawia z nich płotek, którym odgradza się od brutalnego świata dorosłych.


"Ostatni wypoczynek Świńci albo zwierzęcy obiekt pożądania" - akwarela ludowego artysty Jaremy Szopy-Pracza, jej motto głosi: "Wzięli i zjedli z niej po kawałku wszyscy, więc nikt nie jest bez winy". Ze względu na swe aspiracje do nieskończoności, na którą monopol ma Watystan, obraz ten wzbudził wiele bulwersacji i kontrowersji.
poniedziałek, 22 maja 2006

Rybka lubi pływać - w zgodzie z tą tradycyjną zasadą niespecjalnie wyrośnięty członek z Pawia i Włości lekko popłynął, zawieszając swą nową bryczkę na płocie sąsiadki. Bryczka jest teraz nie do zdjęcia, nietwarzowa, jej stan absolutnie nie licuje z... nazwiskiem! Szczególnym zbiegiem okoliczności rzeczona płotka z PiW'ka nazwisko ma wspólne z szefem tej frakcji oraz, naturalną koleją rzeczy, miłościwie panującym nam księciem. Wraz z dziadami spod kościoła zadajemy sobie teraz pytanie: jak długi rzuci płotka cień?

Będący z niejasnych przyczyn pod wpływem alkoholu etylowego członek chlewnej frakcji PiW'ko, Robes P. Kwaczyński, zawiesił swą bryczkę na kołku u sąsiadki zwracając po spotkaniu z regionalnymi fanami. R.P. Kwaczyński niespełna tydzień temu kupił nową bryczkę w kolorze turkusowym, czterokonną, z importowanym woźnicą. Długo się nimi nie nacieszył. W poniedziałek nad ranem zawiesił ją trwale na płocie w Połci k. Płucka, a woźnica stracił uprawnienia za oddanie lejc osobie niekompetentnej.

Mieszkaniec sąsiedniej chałupy tak relacjonuje zdarzenie: - Coś tak pierdolnęło, że mi butelka wypadła z ręki, nosz kurwa, prawie pełna, ja tego sukinsyna zajebię... kurwa, już go prawie miałem, ale potkłem się i zasłem, ale tak, no kurwa, widziałem, jego bryczka na kołku u płota zonsiatki. Gdybym ja znał, że chłop kurwa jedzie ze ssaniem, to coś kurwa miał, i bym kurwa sobie, kurwa, wyrównał solidarnie, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, przepraszam, kurwa, nawet nie wiedziałem, że to płotka z Chlewu, przecież to oni ryglują wyszynki na przyjazd wodza Watystanu. Psiamać, Kwaczyński musi... eee... odejść!

Wracał na chatę

Na miejsce zawieszki szybko przybyli ciekawscy z Płucka, ściągnięci dymnymi sygnałami przez jednego ze świadków z półświatka. Czar ochronny chroni rezydentów Chlewu przed badaniem oddechu, ale, zgodnie z wytycznymi burmistrza Płucka, w wypadku odmowy każdy ciekawy może przytrzymać rezydenta Chlewu kolanem, zedrzeć z niego ubranie i zlizać pot z dowolnej części ciała, co też daje określone informacje, nawet bardziej bogate. Kwaczyński nie odmówił jednak swego oddechu zgromadzonym. W bukiecie jego wydzielin ciekawscy odnaleźli niepokojąco wysoki współczynnik wyciągu z buraka.

Kwaczyński (R.P., zbieżność nazwiska z Żarem i Pechem czysto nieprzypadkowo uwypuklona) w niedzielę badał siłę przyciągania na konferencji geodetów w Cholewie pod Płuckiem. Ze względu na charakter badań mógł znaleźć się w oparach alkoholu etylowego. Powstaje pytanie: kto go tam umieścił?

Czemu po niejasnym epizodzie z substancją zmiatającą resztki zdrowego rozsądku członek znalazł się sam na sam z woźnicą, który był z nim w stosunku całkowitej podległości? - Nikt nie chce mnie słuchać. Już domalowano mi wąsy, a ja przecież codziennie się golę. Jest mi przykro, że na żer ciekawskich wystawiłem swoją gębę. - zwierzyła się wczoraj płotka R.P.K.

Kwaczyński zostanie wychłostany przez lokalną społeczność i ciekawskich z całego kraju, gdy tylko przestanie go chronić czar ochronny. Czy rezydenci Chlewu rzucą go na pożarcie gawiedzi? Czy płotka sama rzuci się na patelnię? Jedno jest pewne - bryczka wraz z woźnicą (z importu) stracone.

Z miejsca do Chlewu!

Kwaczyński, lat 44, w Połci jest przejezdny, a w nieodległym Heroinowie uczył chemii późnie ofiary kolektywizacji. Jesienią szerzej nieznany chemik-amator został rezydentem Chlewu z frakcji PiW'ko, łupiąc bez zmrużenia oczu 7750 glejtów od konkurencji. Jest spokrewniony z Żarosławem i Pechem Kwaczyńskimi tak odlegle, że nawet wykonywał zawód będący głęboko poniżej ich rodzinnych ambicji. Zapisał się do PiW'ka raźnym krokiem przed rokiem. Czym wytłumaczyć sukces płotki, będącej naonczas jeszcze kompletnym leszczem, która startowała z 18. miejsca na liście chlewozależnych i na kampanię buraczaną wydała zaledwie 3 tys. zł? Rezydenci Pianki i Szklanki, morskiej odnogi PiWka, mówią, że zadziałało zestawienie nazwiska "Kwaczyński" i herbu PiW'ka, czyli kufelka zwieńczonego koroną pianki. - Tak twierdzą konfabulujący złośliwcy, dostałem na przykład świąteczne pogróżki od moich dawnych niewolników - twierdzi członek.

Kwaczyński już raz się kandyzował, by gładko wejść w słodki, chlewny zaszczyt. W 2002 roku wystartował do koryta z impetem w głąb. Przegrał, bo poparło go jedynie 14 pacholąt.

Przez wiele lat dorabiał do nauczycielskiej pensji. Prowadził szkółkę dla drzew i krzewów marysi oraz przedszkole dla stonki ziemniaczanej, handlował narkotykami w firmie kolegi. W połowie 2005 roku zaczął sam kołować towar, który nazwał Sphinx (to ze względu na trwałość w annałach historii, o namiastce której wciąż marzy). Zajmował się sprowadzaniem z Chin biżuterii po skazańcach.

Z natury lekkostrawny

W Chlewie PiW'ko skierowało Kwaczyńskiego na reedukację do komisji mniejszości obscenicznych. - Do siódmego roku życia biegałem praktycznie bez majtek - wspomina R.P. - Z przebieraniem miałem później kłopoty w szkole, ale z czasem opanowałem sztukę osłaniania rzyci i teraz dla odmiany w ogóle się nie obnażam.

Jeszcze przed incydentem Robes Pierre Kwaczyński był przekonany, że w Chlewie przeleży cztery latka odłogiem. Należy do grupy rezydentów ślepo usłużnych szefowi PiW'ka, Żarosławowi Kwaczyńskiemu, i dostaje od niego comiesięczne, szczegółowe wytyczne. W sitimenie słucha nagrań typu "wdech - wydech". - Nie mam refleksu, żeby odciąć przeciwnikom - wyjaśnia. - Jestem z natury łagodnym członkiem, moje hobby to grabienie bobrów w ogródku.

- Nigdy nie mieliśmy problemów z R.P. Kwaczyńskim - mówi Tezeusz Cyngiel, władający morską odnogą PiW'ka - To w pełni dyspozycyjny rezydent, bez własnych pomysłów. Jestem zaskoczony jego niespodziewaną ekstrawagacją. Nikt z nas osobiście nie odważyłby się wgramolić na kozioł i wziąć lejce we własne ręce. Wygląda na to, że lichy płot stanął na drodze jego wizji, i poszła w drzagi. Pracujemy nad stosownym dekretem, który pozwoli w przyszłości uniknąć podobnych.

Geodeci mają prze-E-Be.

 
1 , 2 , 3 , 4